Kwaśny powiew luksusu. Artezan – Château 2017.

Do napisania tej recenzji, ani do degustacji nie zakładaliśmy surduta ani nawet garnituru. Nie było świec, marynarki, poszetki. Jedynym, nazwijmy to „wytworniejszym” elementem był kieliszek zamiast szklanki. Artezan Château 2017 miało niczym „Projekt Lady” przenieść dwóch dosyć zwyczajnych gości w świat luksusu, przepychu, szyku i dużej hawajskiej dla wszystkich. Czy tak się stało? Najpierw trochę historii.

On revient toujours à ses premières amours.

Piwo to uwarzone zostało w 2015 roku, a ostatnie dwa lata spędziło w beczkach po czerwonym francuskim winie Taberner. Podkreślić w nazwie należy rocznik. Jak sami Artezanowcy mówili, z poprzednimi warkami (z 2013 i 2014 roku) obecną edycję łączy tylko nazwa. Różnią się one zaś browarem w którym dokonano warzenia, surowcami jak i winem bazowym dla beczek. Wyszło nawet dobrze, bo nie piliśmy Château w poprzednich latach i bardzo łatwo możemy wymigać się od próśb o porównanie z poprzednikami.

Il n’y a que le premier pas qui coûte.

Jeżeli klienci kupują oczami, zastanawia fakt że jeszcze w niektórych sklepach Château 2017 jest jeszcze dostępne. My dorwaliśmy je w Źródle niebanalnych piw i alkoholi w cenie 37 złotych.
Etykieta wygląda obłędnie. Dostojnie. Bez żadnych kompleksów kelner może nam podać taką butelczynę (a najlepiej dwie, to jedynie 0,33l) w towarzystwie przegrzebków, foie gras czy langustynek. Po nalaniu nasz bohater prezentuje się równie okazale. Piana tworzy się niska, szybko się redukuje. No ale kto widział wino z wysoką pianą? Zawartość kieliszka na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kompotu z suszonych śliwek z domieszką herbaty. Zabrzmiało banalnie? Jest czerwono-brązowe, zdecydowanie mętne, nieprzejrzyste. Na Wigilię jak znalazł. I na każdą inną okazję, bo piwo to wygląda naprawdę dobrze. Z pokorą przyznaję, że nawet lepiej niż na naszym zdjęciu, co samo w sobie już jest sztuką.

L’appétit vient en mangeant.

Zapach? Czerwone wino. Szuszone owoce. Rodzynki. W tle delikatna nuta gęstego miodu gryczanego. Kwas przyjemnie kręci w nosie. Poprawny, ale nie powala tak jak strona wizualna.

Le fruit défendu a le plus de saveur.

Piwo jest wysycone bardzo wysoko, co przy „winnym” charakterze nieco przeszkadza. Dalej jest już dużo lepiej. Ogromna, złożona kwaśność Château 2017 nie koncentruje się tylko na wykrzywieniu pyska ale odkrywa przed nami całe bogactwo smaków. Mamy tu suszone owoce, przewijające się w tle wiśnie (które w pierwotnej wersji tej recenzji jakimś cudem wypadły mi z pamięci), cytrynę, nieco aromatów drewna z beczki, sporo tanin. Smak jest głęboki, złożony, niebanalny. Wytrawny i szlachetny, z lekko goryczkowatym finiszem. Mimo swojej złożoności piwo jest dosyć pijalne. Bardzo długo w ustach pozostaje posmak tego niebanalnego trunku. Jak jest „sztos” w języku francuskim?

Il n’y a pas de roses sans épines.

Niestety na języku podobnie długo pozostaje odczucie charakterystycznego „szczypania” spowodowanego przez zbytnie nagazowanie. Możliwe, że wyolbrzymiam ale drażniło nas to przez całą degustację. Czepiam się… bo to wreszcie kwas który mi bardzo smakuje! Na pewno kilka z moich buteleczek Château 2017 trafi na leżak, mam nadzieje że z czasem żadna nie zamieni się w granat.

Niedawno recenzowałem piwo które swobodnie może zastąpić dobrą whiskey. Dziś spotykamy się z piwnym odpowiednikiem pierwszorzędnego wina. A spotkał się ktoś z winem lub whiskey o smaku dobrego piwa? Wnioski nasuwają się same. A votre santé!

* Francuskojęzyczne wstawki w tekście nie mają żadnego związku z Château 2017. Użyte zostały aby recenzja sprawiała wrażenie mądrzejszej niż jest w rzeczywistości.

Podobne posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *