Poproszę pół litra chleba. Pinta – Eisbock

Wiosna już za oknem, przekornie więc dzisiaj napiszę o wymrażaniu. W polskim piwowarstwie to pewnego rodzaju nowość. Do tej pory wymrażane specjały uwarzył chyba tylko SzałPiw w serii Buba Extreme oraz Browar Spółdzielczy w duecie Królowej Lodu i Lodołamacza (u nas wkrótce recenzja). Po raz pierwszy o tej technice przeczytałem w 2012, kiedy to Brewdog wypuścił piwo The End of History. Z kilku tysięcy litrów piwa poprzez wielokrotne wymrażanie uzyskano 12 butelek 0,33l o zawartości alkoholu 55%. Rozgłos jednakże zapewniło im przede wszystkim opakowanie. Wiewiórki wypchane… butelką z piwem? No jeżeli już trzeba wypchać tak sympatyczne zwierzątko to wybrano najlepszą z opcji.
Na szczęście przygotowany przez Pintę wg. receptury Artura Pasiecznego Eisbock Grand Prix sprzedawany jest w tradycyjnym, niefutrzanym opakowaniu. Jest też zdecydowanie tańszy od BrewDogowego dziwadła, kosztując 16,90 zł w Źródle Niebanalnych Piw i Alkoholi.

Degustacja nie zakończyła się zgonem, gdyż Eisbocka wymrożono „jedynie” do 11,2% alkoholu. Teoretycznie więc kilka butelek 0,33 można przyjąć. Już w butelce wita nas zapach skórki chleba. Piwo jest gęste aż można kroić nożem. Nad rubinową, jednolitą cieczą tworzy się całkiem ładna pianka, która niestety dosyć szybko się redukuje. Oprócz chleba wyczuć możemy suszone owoce, karmel, toffi. Pachnie zachęcająco. Jeżeli ktoś oczywiście lubi chleb posmarowany toffi i posypany owocami. Zdecydowanie jednak można napisać, że zapach intryguje i zachęca do pierwszego łyku.

Chleb jest tak wyraźny że gdyby spróbować wrzucić to piwo do stawu za chwilę moglibyśmy obserwować wyścig łabędzie kontra Cyganie. Faktura odpowiada zapachowi, jest gęsta, aż się chce przeżuwać zawartość jamy ustnej. Po przełknięciu pozostawia wrażenie niczym Samantha Fox w latach osiemdziesiątych – z jednej strony rozgrzewa jak prawdziwa seksbomba, z drugiej – pozostaje uczucie przaśności. Nie do końca tandety i kiczu, natomiast zapowiadało się na odlot a jest skok na trampolinie. Nie podchodzi mi agresywny alkoholowy atak Eisbocka. I proszę nie przywoływać sporego „voltażu”, znam conajmniej kilkanaście piw o podobnej mocy które są dużo lepiej ułożone. Tak naprawdę duet alko+chleb skutecznie tłumi ukryte rodzynki, śliwki (doszukałem się!) czy też pojawiające się w innych recenzjach nuty chmielowe (wg. moich kubków smakowych – brak). Muszę też przyznać, że koźlak nigdy nie był moim ulubionym piwnym stylem, co oczywiście rzutuje na ogólną ocenę.

Podsumowując: Wiedział co będzie? Wiedział. To teraz będzie narzekał że alkohol i chleb skoro sobie Eisbocka zażyczył? Chociaż niech gra fair! A więc Pinta Eisbock to zdecydowanie piwo nietuzinkowe, wyróżniające się zarówno sposobem przygotowania, zapachem jak i smakiem. W mojej opinii jednak trafiło do sprzedaży zbyt nieułożone. Absolutnie nie ma opcji żeby po wypiciu jednej sztuki sięgnąć po kolejną. Chyba, że w celu odłożenia na półkę na najbliższe pół roku, co też uczyniłem.  3,5/5.

Podobne posty

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *